Menu

Rajski ogród • Ernest Hemingway



     Ernest Hemingway jest jednym z tych pisarzy, do którego przekonałam się po latach. Najpierw, przez przypadek, zetknęłam się z książką „Za rzekę, w cień drzew”, o której już dla Was pisałam, a ponieważ wywarła na mnie dobre wrażenie, postanowiłam chwycić za kolejny tytuł, czyli „Rajski ogród”. Książka opowiada losy młodego małżeństwa — Davida i Katarzyny — które we Francji spędza swój miesiąc miodowy. On, uznany pisarz pracujący nad nową powieścią i ona, piękna i bogata kobieta beztrosko korzystająca z uciech życia, pewnego dnia poznają Maritę. Ta wkrada się w ich codzienność, a w wyniku tego rodzi się skomplikowany układ erotyczny.

     Fabularnie książka jest niesamowicie miałka. Bardzo mało w niej akcji, która nie ewoluowała w żadnym z jej momentów. Pierwsza połowa powieści to opis wciąż powtarzających się, wręcz monotonnych dni młodego małżeństwa, którzy tylko pływają, piją alkohol, uprawiają miłość i zapewniają się o swoich uczuciach. Druga zaś to obraz rozwijającego się szaleństwa Katarzyny oraz opis pracy Davida jako pisarza, a wszystko podszyte romansem tej dwójki z nowo poznaną kobietą — Maritą. Na pewno miało z tego wyjść coś intrygującego i kontrowersyjnego, a choć sam zamysł moim zdaniem był naprawdę dobry, tak wykonanie już niekoniecznie.

     Ogromną ułomnością tej książki była w moim odczuciu jej główna bohaterka — Katarzyna. Jest to chyba jedna z najbardziej irytujących fikcyjnych postaci, z którymi kiedykolwiek miałam styczność i myślę, że gdyby książka była nieco dłuższa, prawdopodobnie właśnie przez nią, jej zachowania i ogólną postawę, zarzuciłabym dalszą lekturę. Niestabilna emocjonalnie kobieta przez cały czas zachowuje się irracjonalnie i sama już nie wiem, czy bardziej drażnił mnie jej sposób bycia, czy fakt, iż nikt, a zwłaszcza David, na to nie reagował. Ponadto powieść niczym nie zaskakuje, zakończenie jest bardzo łatwe do przewidzenia, a opis miłosnego trójkąta bynajmniej nie zachwyca.

     Mimo wszystko Hemingway pisze stylem, który mnie w jakimś stopniu ujmuje. Na pewno nie do wszystkich on przemawia, ale jest w nim jakaś prostota i urzekająca lekkość, które sprawiają, że jego książki czyta się przyjemnie, choć tak naprawdę zawierają niewiele akcji i treści samej w sobie. Głównie z tego powodu ostateczny wydźwięk tej książki jest w moich oczach o kilka stopni lepszy, choć nie ukrywam, że jestem nieco rozczarowana. Na pewno nie rezygnuję z tego pisarza i w przyszłości pewnie chwycę jeszcze po coś, co wyszło spod jego pióra, aczkolwiek na pewno muszę odpocząć po „Rajskim ogrodzie”, którego lektura naprawdę mnie zmęczyła.

★★★★★☆☆☆☆☆ 
„Rajski ogród” - Ernest Hemingway • 190 stron • wydawnictwo Czytelnik

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać „Rajski ogród”?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Co obejrzałam w marcu i kwietniu?


Co obejrzałam w marcu i kwietniu?

Zakochana bez pamięci (2012)  reż. Sylvie Testud
Kino francuskie, którego myślę, że będzie na blogu całkiem sporo, choć mam szczere nadzieje, iż w nieco lepszej odsłonie. Film opowiada historię kobiety, którą poznajemy w dniu jej, hucznie świętowanych, 29 urodzin. „Nazajutrz” okazuje się jednak, iż ta sama bohaterka ma już lat 41 i bynajmniej nie pamięta, co działo się z nią przez ostatnich kilkanaście. Pomysł stary jak świat, więc wiadomo, że można albo dobrze go ograć, albo zupełnie położyć. Niestety, w tym przypadku mamy do czynienia z tym drugim, ponieważ scenariusz tego filmu jest nieporozumieniem. Na ekranie oglądamy całą paletę pomyłek, banałów i kompletnie oderwanych od rzeczywistości sytuacji, które jak mniemam, miały bawić, lecz mnie raczej żenowały. Dodatkowo morał jest możliwy do przewidzenia nawet bez oglądania produkcji, zakończenie niczym nie zaskakuje. Ode mnie ogromny plus za zdjęcia Paryża i sam język francuski, ale to tylko ze względu na moje zamiłowanie do tego kraju. Ogólnie nie polecam. ★★★☆☆☆☆☆☆☆


Piękna i Bestia (2017) • reż. Bill Condon
Disney’owskie odświeżenie klasycznej baśni i poniekąd nowość na dużym ekranie, która na pewno nie jest Wam obca. Zakładam, iż o fabule pisać nie muszę, więc od razu skupię się na tym, jak w moim odczuciu wypadło to w porównaniu z pierwowzorem. A źle bynajmniej nie było. Piękna i bestia to baśń na tyle kultowa, iż naprawdę zdziwiłabym się, gdyby film się nie wybronił. Ponadczasowość i uniwersalizm tej historii to gwarancja sukcesu, a na całe szczęście wizualna otoczka wykreowana przez twórców dopełniła całości. I tak oto na ekranie dostajemy przepiękny musical, z naprawdę dobrą grą aktorską, cieszącą oko scenografią, a do tego bardzo dobrze wykonaną animacją bestii czy zaczarowanych przedmiotów. Film zdecydowanie warty polecenia dla widzów w każdym wieku, bo niewątpliwie będzie to wspaniała podróż sentymentalna dla starszych i ciekawe moralnie i kulturowo przeżycie dla młodszych. ★★★★★★★☆☆☆



Testament młodości (2014) • reż. James Kent
Obraz, który idealnie wpasowuje się w moje gusta filmowe, więc finalna ocena na pewno nie zaskakuje. Młoda Vera Brittain nie marzy o niczym innym, niźli o rozpoczęciu studiów na renomowanej uczelni w Oksfordzie. Gdy rzeczywiście udaje jej się tam dostać, wybucha wojna, a kobieta decyduje się na wstąpienie do organizacji zrzeszającej pielęgniarki i wolontariuszki pomagające na froncie. Przepiękny film, którego scenariusz napisało samo życie. Opowieść o miłości, przyjaźni i poświęceniu. Groza wojny przedstawiona w najbardziej wzruszający i bolesny z możliwych sposób, który na dodatek zmusza odbiorcę do redefinicji najważniejszych pojęć w życiu. Co więcej, od przepięknej Alicii Vikander dosłownie nie można oderwać oczu, genialna rola, za którą aż żal, że aktorka nie zgarnęła żadnej statuetki. Warto zainteresować się tym obrazem i obejrzeć go jak najszybciej. ★★★★★★★★☆☆


Frank (2014)  reż. Lenny Abrahamson
Film z niesamowicie intrygującą i oryginalną fabułą, który wbija w fotel swoim zakończeniem i finalnym przesłaniem. Głównym bohaterem historii jest młody, niespełniony, lecz łaknący sukcesu, muzyk Jon. W wyniku dziwnego zbiegu okoliczności dostaje się on do szalenie osobliwego zespołu, którego liderem jest tajemniczy Frank. Przez zdecydowaną większość filmu można myśleć, że produkcja traktuje jedynie o pięknie indywidualizmu w uprawianiu sztuki i braku jakichkolwiek ograniczeń z tym związanych, lecz kilka końcowych scen nadaje wszystkiemu bardzo specyficzny, nieoczekiwany wydźwięk. Film na pewno nie dla wszystkich, ponieważ jego lwia część przywodzi na myśl kino niezależne, a w końcu nie do każdego to przemawia. Dla osób niebojących się wyzierającego z klisz artyzmu, który momentami rozwleka sceny, bardzo gorąco polecam i dodaję plusik do ogólnej oceny za genialną rolę Michaela Fassbendelalalra. ★★★★★★★☆☆☆



Dowcip (2001) • reż. Mike Nichols
Vivian Bearing to profesor siedemnastowiecznej poezji, która pewnego dnia dowiaduje się, że jest chora na raka w zaawansowanym stadium rozwoju. Rozpoczyna eksperymentalną terapię i toczy długą walkę, jednocześnie wspominając minione lata, analizując podjęte przez siebie decyzje i próbując pogodzić się z własnym stanem zdrowia, czy nawet myślą o zbliżającej się śmierci. Cały film to w rzeczywistości monolog genialnej aktorki Emmy Thompson, która zwracając się bezpośrednio do widza, opowiada o swoim życiu i choć bez moralizatorskiego wydźwięku, zmusza nas do własnych refleksji. Obraz porusza również smutną, szpitalną rzeczywistość i to, jak nierzadko człowiek jest tylko kolejnym, mało znaczącym przedmiotem badań w rękach medyków. Bardzo spokojne, statyczne kino, któremu zdecydowanie warto poświęcić kilkadziesiąt minut. ★★★★★★★☆☆☆
Miasto ślepców (2008) • reż. Fernando Meirelles
O książce pisałam niedawno oddzielny post, więc jak najbardziej odsyłam Was do jego lektury i jeszcze raz gorąco polecam tę publikację. Tym bardziej, iż ekranizacja okazała się nieco rozczarowująca. Śledzimy w niej losy grupy osób, które zostały zamknięte w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym, w celu odizolowania ich od reszty społeczeństwa. A wszystko za sprawą tajemniczej choroby, która oślepia swoje ofiary, a która powoli przeradza się w prawdziwą epidemię, z którą nikt nie wie, jak sobie poradzić. Pomimo iż film dość dokładnie oddaje wydarzenia, które zostały opisane w papierowym pierwowzorze, zupełnie nie czuć w nim tej głębi i moralnego przesłania, które wypływało ze stronic książki. Sceny i wątki, które niosły ze sobą największy ładunek emocjonalny, nierzadko zostały spłycone, a przynajmniej na pewno nie wybrzmiały tak, jakbym oczekiwała tego od dobrej ekranizacji. Finalnie nie jestem do końca zadowolona z seansu. ★★★★★★☆☆☆☆


Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (2016) • reż. Paolo Genovese
Grupa przyjaciół spotyka się na kolacji podczas której postanawia zabawić się w — z pozoru zupełnie niewinną — grę. Otóż wszyscy zgadzają się na upublicznienie swoich rozmów telefonicznych, przychodzących wiadomości, maili oraz zdjęć. Co z tego wyniknie i jakie tajemnice wyjdą na jaw? Włoska produkcja to prawie dwugodzinna opowieść o zawiłościach ludzkiego życia, o sekretach, o których nie potrafimy rozmawiać nawet z najbliższymi nam ludźmi, ale też o samotności, z którą zmagamy się wewnątrz, choć nierzadko jesteśmy otoczeni znajomymi czy przyjaciółmi. Ponadto jest to też obraz, który wręcz krzyczy o niszczycielskiej władzy technologii i o tym, jak jej ulegamy, jak bardzo jesteśmy od niej zależni i jak może to wpłynąć na nasze życia. Choć film niepozbawiony jest wyolbrzymień, przerysowań, powieleń i dłużyzn, naprawdę warto rozważyć jego seans. ★★★★★★★☆☆☆



Okno na podwórze (1954) • reż. Alfred Hitchcock
Jeden z klasyków mistrza kina, którego nie czuję się upoważniona krytykować. Zdecydowanie nie porwał mnie tak, jak chociażby genialna "Psychoza" tego samego reżysera, aczkolwiek dla samej historii, wyjątkowego klimatu, przepięknej Grace Kelly i niezastąpionego Jamesa Stewarta — warto.
★★★★★★★☆☆☆

Dlaczego on? (2016) • reż. John Hamburg
Współczesna, typowa, amerykańska komedia, w której ojciec konkuruje z szalonym, ekscentrycznym wybrankiem córki. Nie jest to kino wysokich lotów, choć w ramach rozrywki jak najbardziej polecam. Spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, a jednak muszę przyznać, że to w miarę przyjemne, luźne kino.
★★★★★★☆☆☆☆

Lot nad kukułczym gniazdem (1975) • reż. Miloš Forman 
Choć nasłuchałam się o tej ekranizacji samych zachwytów, podeszłam do oglądania jej dość sceptycznie. Bałam się bowiem, że wszechobecne pochlebstwa w połączeniu z moim własnym podziwem dla książki, skończą się wygórowanymi oczekiwaniami. Na szczęście film — mówiąc kolokwialnie — daje radę. W moim odczuciu nie dorównuje dziełu Kena Keseya, ale na pewno warto go obejrzeć w ramach dopełnienia sobie całej wizji. 
★★★★★★★☆☆☆


Widzieliście któryś z tych filmów lub macie zamiar któryś z nich oglądnąć? Jaki tytuł jest najlepszym, który widzieliście na przestrzeni ostatnich mieięcy? Dajcie znać!


Polub pokulturzonego Facebooka, aby nie ominąć kolejnego artykułu!
Kliknij tutaj! 

Do napisania!

Co przeczytałam w marcu i kwietniu?


Co przeczytałam w marcu i kwietniu?

Rajski ogród  Ernest Hemingway 
Ostatnia powieść Hemingwaya, która została wydana na 25 lat po jego samobójczej śmierci. Podobno autor pisał ją przez 15 wiosen i początkowo miała ponad tysiąc stron, lecz finalnie dostaliśmy do ręki dwustustronicowe czytadło. Opowiada relację z miesiąca miodowego młodego małżeństwa, w którym nagle pojawia się druga kobieta. Skomplikowany układ erotyczny rozgrywa się w akompaniamencie stopniowo rozwijającego się szaleństwa głównej bohaterki i ukazania psychologicznych aspektów pracy pisarza. Miało być intrygująco, lecz w moim odczuciu wyszło nieco nudno. Historia jest bardzo powolna i niewiele w niej jakiejkolwiek akcji, choć wątek homoseksualizmu i trójkąta miłosnego w latach dwudziestych, zapowiadał się obiecująco. To wszystko, w połączeniu z dość specyficznym piórem Hemingwaya — bardzo lakonicznym i bezpośrednim — staje się lekko niestrawne i w pewnym momencie czytanie jest zwyczajnie męczące. Wiem, że wiele osób szanuje tę powieść i znajduje w niej wiele wartości, ja raczej będę wspominać ją z niesmakiem.
★★★★★☆☆☆☆☆

Mądrość psychopatów  Kevin Dutton 
Prawie trzystustronicowa rozprawa o tym, że typowe psychopatyczne cechy osobowości, często posiadają osoby zajmujące się społecznie szanowanymi profesjami. Jak wynika z badań - chirurdzy, policjanci, a nawet kucharze nierzadko charakteryzują się porównywalną aktywnością mózgu i przejawiają podobne maniery, co zamknięci w szpitalach psychiatrycznych mordercy, gwałciciele i kryminaliści. Sam temat bez wątpienia budzić może ciekawość i autor publikacji rzeczywiście w sposób dokładny i pogłębiony próbuje przekonać nas, do postawionej przez siebie tezy. Według mnie odnosi mierny sukces, ponieważ podczas lektury miałam wrażenie zapętlania się wokół tych samych argumentów, przez co ostatecznie wyniosłam z niej niewiele wiedzy, a nie o to chyba chodziło. Ponadto ciężko było mi skupić się na czytanym tekście, podtrzymać ciekawość i koncentrację, co prawdopodobnie powodowane było dość chaotyczną, nieumiejętną konstrukcją całej publikacji. Pozycja dla pasjonatów i osób, które rzeczywiście chcą zgłębić temat badań psychiatrycznych.
★★★★★☆☆☆☆☆

Niesamowita klasyka, o której na pewno większość z Was słyszała. MacMurphy — szuler, dziwkarz i niezwykle energiczna, wyjątkowa persona, na własne życzenie zostaje umieszczony w szpitalu dla psychicznie chorych. Nie wie, że aby zostać z niego wypisanym, musi uzyskać pozwolenie Wielkiej Oddziałowej, której bynajmniej nie podoba się to, jak jej — do tej pory niezachwiany — porządek na oddziale, przeradza się w bunt podsycany przez rudowłosego hazardzistę. Powieść jest idealnie wyważona i zostawia czytelnika z niezliczoną ilością moralnych rozterek oraz refleksji. To nie jest błaha historia o grupce świrów, a bogaty, poruszający i piękny portret ludzi walczących. Zmagających się z władzą, społeczeństwem i samymi sobą. Toczących bój o wolność, o szacunek i o przyzwolenie na stanowienie o własnych życiach. Jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam i na pewno jeden z tytułów, które ubiegać się będą o podium w moim tegorocznym rankingu najbardziej wartościowych przeczytanych powieści.
★★★★★★★★★☆  

„Maybe Someday” to kolejny, niezwykle wychwalany w książkowej społeczności tytuł autorstwa płodnej i popularnej Colleen Hoover. Swego czasu, w okolicach polskiej premiery na rynku wydawniczym, zebrał tak wiele pochlebnych opinii, iż nie mogło być mowy o tym, że nie przekonam się na własnej skórze, skąd te wszystkie ochy i achy? Nauczona doświadczeniem podeszłam do lektury z dystansem i dzięki temu, zupełnie się nie rozczarowałam, więc ową powściągliwość zalecam również wam, jeżeli zdecydujecie chwycić się po ten tytuł. Sydney i Ridge to dwie młode osoby zafascynowane i zakochane w świecie muzyki. Ta, finalnie spaja ze sobą ich losy i wywraca życia do góry nogami. Co ich połączy, jakie problemy będą musieli rozwiązać i jakie podejmą decyzje, dowiecie się chwytając po tę, co prawda, bardzo schematyczną i przewidywalną lekturę, lecz zarazem taką, której nie można odmówić uroku i ciepła. Bardzo ciekawy wybór, jeśli tylko potrzebujecie czegoś niezobowiązującego i lekkiego.

★★★★★☆☆☆☆☆

Pisarz naiwny i sentymentalny • Orhan Pamuk
"Pisarz naiwny i sentymentalny" to pierwsza taka książka o książkach, jaką kiedykolwiek przeczytałam i z radością przyznaję, że to mój bardzo udany debiut. Jest to zbiór wykładów szanowanego, tureckiego pisarza, który przedstawia nam jak według niego czytelnik postrzega powieść, a później konfrontuje to z opisem jego pracy jako twórcy. Książka pełna ciekawych odniesień do najważniejszych tekstów światowej literatury, otwiera oczy na wiele nieświadomych procesów, które zachodzą podczas gdy oddajemy się lekturze. Autor zwraca naszą uwagę na nietuzinkowe schematy i finalnie zachęca do wzmożenia świadomości podczas procesu czytania. O tym co robi nasz umysł, gdy czytamy książkę, czym jest centrum powieści i jak je znaleźć. Z pewnością jest to tytuł, do którego będę wielokrotnie wracać i uważam, że jest to pozycja obowiązkowa na półce każdego bibliofila.
★★★★★★★☆☆☆


Oprócz tego przeczytałam:
Wystarczy być • Jerzy Kosiński ★★☆☆☆☆☆☆☆☆


Jaką książkę, którą ostatnio czytaliście, uważacie za najlepszą?



Polub pokulturzonego Facebooka, aby nie ominąć kolejnego artykułu!
Kliknij tutaj! 

Do napisania!

Maybe Someday • Colleen Hoover


     O „Maybe Someday” trudno znaleźć opinie, które jednoznacznie mogłyby zniechęcić potencjalnego czytelnika do chwycenia po ten tytuł. Wszechobecne peany wokół nie tylko tej bestsellerowej powieści, ale samej Colleen Hoover zalewają moli książkowych ze wszystkich stron, więc trudno nie ulec wrażeniu, że rzeczywiście pisarka uważana jest za jedną z najlepszych autorek współczesnej literatury młodzieżowej, a „Maybe Someday” to arcydzieło. Sprawdźmy więc, co takiego kryje się na tych wychwalanych, czterystu stronach.

     Sydney to z pozoru zwykła, młoda kobieta, która wiedzie spokojne, poukładane życie. Ma wspaniałego chłopaka, przyjaciółkę, wcześniej zdobyła się na odwagę i uniezależniła się od rodziców, aby spełniać własne – a nie ich – oczekiwania i marzenia. W końcu ma też swoją ogromną pasję, jaką jest muzyka i, jak się okazuje, dryg do pisania tekstów piosenek. Natomiast Ridge to równie młody, przystojny i dobrze dający sobie radę z walką z trudami codzienności, chłopak. Muzyką zarabia na życie i to w niej odnajduje ukojenie i radość, lecz niestety blokada twórcza nie pozwala mu na komponowanie i układanie słów do własnych utworów. Co wydarzy się, gdy ta dwójka rozpocznie współpracę? Jak do tego dojdzie i co z tego wyniknie? 

     Powieść, jak to w literaturze młodzieżowej często bywa, skupia się wokół portretu młodych ludzi próbujących odnaleźć własną ścieżkę w życiu. Zarówno Sydney, jak i Ridge, bo na kartach książki historia opisana jest z tych dwóch perspektyw, to młode, mniej lub bardziej doświadczone przez życie osoby, które nie do końca wiedzą co mają zrobić z powoli rodzącym się między nimi uczuciem. Okazuje się, że z wielu przyczyn jest ono bardzo problematyczne, a najprostszym rozwiązaniem byłoby zwalczenie go w zarodku. Jednak czy można sprzeciwiać się własnemu sercu?

     Doświadczenie już dawno nauczyło mnie, że po tego typu literaturze nie można oczekiwać wiele, ponieważ przeważnie kończy się to rozczarowaniami i poczuciem zmarnowanego czasu. I rzeczywiście, polecam sięgnąć po książkę z zupełnie czystą głową i minimalnymi nadziejami na wielkie, czytelnicze uniesienia, ponieważ Colleen Hoover nie zaskakuje i w „Maybe Someday” dostajemy jedynie to, co w każdej innej, dobrze napisanej powieści młodzieżowej. Jest dwójka pięknych, młodych, utalentowanych osób, które wiodąc z pozoru szczęśliwe życia, nagle natykają się na siebie, po czym rozpoczynają kwestionować własne pojęcie powodzenia i analizować swoje dotychczasowe poczynania. Mamy tu obraz szczerej i uroczej, ale jakżeby inaczej, skomplikowanej miłości, która z pozoru nie ma prawa istnieć, a jednak z rozdziału na rozdział dojrzewa coraz bardziej i domaga się atencji. Wątków pobocznych dostajemy raczej niewiele, a nawet jeśli, stanowią one tylko tło dla naszej dwójki protagonistów i ich miłosnych rozterek. Wszystko opisane bardzo łatwym i szybkim do czytania językiem oraz, co jest dużym plusem, w akompaniamencie tworzonej przez Sydney i Ridge’a muzyki.

     Czy jest to dobra książka? Myślę, że tak, jeżeli tylko sięgamy po nią ze świadomością, z jakiego gatunku pochodzi. Jest to literatura typowo rozrywkowa, mająca przynieść nam kilka godzin zapomnienia. Z pewnością nie wymaga od czytelnika żadnego wysiłku intelektualnego, ponieważ autorka nie rzuca nas na głęboką wodę, nie obarcza skomplikowanymi analizami, a zwyczajnie gra na emocjach, z którymi każdy z nas zapewne się utożsami. Jeżeli szukacie lektury, która sprawi, że zrobi się wam cieplej na sercu, Colleen Hoover i jej „Maybe Someday” to strzał w dziesiątkę.

     Czy jest to książka, która wzbudza skrajne emocje, zostawia czytelnika z tysiącem przemyśleń i refleksjami? Nie wydaje mi się. Losy Sydney i Ridge’a, choć podejmują pewne tematy, które bez wątpienia wyróżniają utwór na tle pozostałych młodzieżówek, mimo wszystko są historią prostą, niewymagającą i przewidywalną. Wiele w niej banałów, powielania znanych już wszystkim schematów. Dużo nierealnych nieporozumień, wyolbrzymień, płaczu i ckliwych scen w akompaniamencie trójkąta miłosnego. Ja na pewno niedługo zapomnę szczegóły z tej opowieści i po całym czytelniczym doświadczeniu pozostanie mi jedynie wspomnienie miło i beztrosko spędzonych wieczorów. Jeżeli tego właśnie szukacie, śmiało chwytajcie po „Maybe Someday”, jeżeli szkoda wam czasu, na pewno znajdziecie mnóstwo ambitniejszych tytułów. (Pozostając w duchu młodzieżówek, polecam chociażby „Oddam Ci słońce” czy „Baśniarza”).

★★★★★☆☆☆☆☆
„Maybe Someday” - Colleen Hoover • 440 stron • wydawnictwo Otwarte


Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Maybe Someday"?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Lot nad kukułczym gniazdem • Ken Kesey


McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami. McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?
(opis wydawcy)

     Gdyby ograbić powieść ze szpitalnej otoczki i zastanowić się nad alegoriami, których obraz wyziera z jej kart, okaże się, że czytamy o mozolnej i niezwykle ciężkiej walce z surowym systemem. Przyglądamy się niesłabnącej woli wolności i walki o prawo do niezgody, ale też, kontrastującego z tym, poczucia strachu przed utratą bezpieczeństwa. Dla wielu powieść na pewno przywiedzie na myśl metaforyczny obraz walki z przejawami totalitaryzmu i indoktrynacji, lecz siłą tej książki jest jej uniwersalizm i wielopłaszczyznowość. Możemy odczytywać ją jako zmagania ze światem, w którym obecnie egzystujemy, jako bój z zasadami społecznymi, krzyk dobywający się z piersi jednostki walczącej o swój indywidualizm. 

     Książka pełna jest niedomówień, metafor pozostawionych do rozszyfrowania przez czytelnika. Pozbawiona moralizatorskiego wydźwięku pozwala na wiele różnorakich interpretacji, choć nie ma co ukrywać, że jej finalna wymowa jest bardzo gorzka i deprymująca, a już na pewno skłania do niejednej refleksji. Już dawno nie czytałam książki, która byłaby mozaiką tak wielu zręcznie połączonych ze sobą myśli i motywów, a co więcej jestem przekonana, że każda kolejna lektura tej powieści przyniesie ze sobą nowe doświadczenia i przemyślenia.

Wieczorami coraz trudniej jest mi znaleźć moje łóżko; pełzam na czworakach i obmacuję sprężyny, aż natrafiam na kulki stwardniałej gumy do żucia. Nikt nie skarży się na mgłę. Już wiem dlaczego: jest ohydna, ale przynajmniej można się w niej skryć i czuć bezpiecznym. Tego właśnie McMurphy nie potrafi zrozumieć — tego, że chcemy być bezpieczni. Usiłuje wyciągnąć nas z mgły na otwartą przestrzeń, na której będziemy stanowić łatwy cel.
     Ciekawym i godnym uwagi czytelnika zabiegiem jest to, że cała historia przedstawiona jest z perspektywy jednego z chorych mężczyzn, którego własne, dziecinne wspomnienia czy portret męczących go demonów, przeplatają się z fabularną ścieżką powieści. Może rodzić to wiele pytań, przede wszystkim podać w wątpliwość obiektywizm opisywanych przez naszego narratora sytuacji, a finalnie zniekształcić wymowę i interpretację całej powieści. Na pewno nie jest to zabieg przypadkowy, więc absolutnie nie postrzegam go jako ułomności tekstu, a raczej interesujące urozmaicenie i wkomponowanie doń możliwości kolejnych analiz.

Jak tylko wszedłem, od razu mnie uderzyło, że nikt się tu nie śmieje. Nie słyszałem prawdziwego śmiechu, odkąd przekroczyłem próg szpitala, rozumiecie? Do licha, przecież człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu! 
     Co ważne - przytłaczająca, klaustrofobiczna atmosfera zamkniętego i kontrolowanego szpitala, nierzadko rozładowywana jest manierami energicznej i świetnie wykreowanej sylwetki głównego bohatera oraz inteligentnymi dialogami, które momentami nawet bawią. Pozwala to zachować równowagę w powieści, której jednym z przesłań jest próba nakłonienia do dbania o własną, emocjonalną stabilizację. Jako czytelnicy nie czujemy się przytłoczeni powagą wydarzeń, choć te, momentami, są naprawdę zatrważające. Język, którym posługuje się autor, jest łatwy i przyjemny w czytaniu, nie stanowi dla czytelnika żadnej utrudniającej lekturę bariery, przez co można stuprocentowo poświęcić uwagę wydarzeniom per se.

     Jedynym mankamentem, który w moim odczuciu zaniża ostateczną ocenę, jest samo zakończenie. I nie chodzi mi o treść i sposób, w jaki rozstajemy się z protagonistami, a o formę, która wydała mi się niezwykle uboga. Ostatnie kilka stron, w których zawarty jest ważny finał, jest opisane bardzo po macoszemu. Gdyby rozwlec je na kilka dodatkowych akapitów, powieść na pewno by na tym zyskała. Jednak finalnie i tak jest to niesamowita książka, bogata w treści, które z pewnością można odkrywać przy wielokrotnej lekturze, a wszelkie niedociągnięcia są raczej przejawem subiektywnych fanaberii czytającego niźli faktycznych ułomności powieści jako takiej.

     Niestety dzisiaj nie jestem w stanie porównać ze sobą książki i jej ekranizacji, aczkolwiek na pewno niedługo będę starała się nadrobić zaległości. Szczególnie że historia McMurphy'iego i jego szpitalnych kolegów naprawdę mnie poruszyła i już teraz wiem, że tytuł ten walczyć będzie o podium najlepszych powieści, które przeczytałam w 2017 roku. Gorąco polecam Wam zaopatrzyć się we własny egzemplarz, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście i oczywiście poświęcić się lekturze.

Świat należy do silnych, przyjacielu! Nasza egzystencja oparta jest na zasadzie, że silni rosną w siłę, pożerając słabszych. Musimy się z tym pogodzić. To zupełnie normalne. Poniekąd prawo przyrody. Króliki je akceptują i wiedzą, że rola silnych przypada wilkom. Same zaś są sprytne, płochliwe i zwinne, kopią nory i kryją się, gdy wilk jest w pobliżu. Jeżeli przetrwają, gra toczy się dalej. Znają swoje miejsce. Na pewno żaden nie rzuci się na wilka. Bo to nie byłoby rozsądne, prawda?
★★★★★★★★★☆
"Lot nad kukułczym gniazdem" - Ken Kesey • 368 stron • wydawnictwo Albatros

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Lot nad kukułczym gniazdem"?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Hygge. Klucz do szczęścia • Meik Wiking



     Czym jest szczęście i co robić, aby je osiągnąć? Na pewno każdy z nas nieraz się nad tym zastanawiał, lecz pewnie niewielu doszło do jakichkolwiek znamiennych konkluzji. A nawet jeśli, wcielenie ich w życie na pewno nie okazało się nazbyt proste i grupa wspomnianych wyżej szczęśliwców, uszczupliła się kolejnych kilka razy. Jednak spokojnie, nadzieja umiera ostatnia, a na jej ratunek wyruszyła ku nam grupa duńskich badaczy szczęścia i przedstawia hygge.

     Zadziwiające jest to, że książka o tym, jak poczuć i odnaleźć szczęście, wywołała we mnie tyle niepokoju i nostalgii. Jak się okazało, duński sekret sprowadza się do zaspokajania podstawowych potrzeb ludzkich, o których aż nie chce się wierzyć, że naprawdę zapominamy. Właśnie ta myśl zatrważa mnie najbardziej i sam fakt, że powstają książki, takie jak ta, które sugerują nam, że może warto spędzić weekendowy wieczór z przyjaciółmi, jak gdyby był to pomysł iście rewolucyjny. Nie potrzeba badań, by widzieć co dzieje się z dzisiejszym społeczeństwem. Skupieni na przyspieszającym biegu życia nie znajdujemy czasu, aby poświęcić się bliskości z drugim człowiekiem. Zapominamy o pielęgnacji naszych relacji międzyludzkich czy chociażby zwyczajnym przyzwoleniu samym sobie na odpoczynek. Jednak czy naprawdę jesteśmy w tym wszystkim na tyle zakorzenieni, że potrzebujemy uczyć się spokoju?

     W hygge, oczywiście, chodzi o jeszcze nieco więcej. O klimat i atmosferę, całą zewnętrzną otoczkę. O świeczki, przytłumione oświetlenie, ciepły koc, lampkę wina, czy świeżo upieczony chleb, który pałaszujemy bez analizowania ile właśnie wciskamy w siebie kalorii. Hygge jest stanem, w którym nie obchodzą nas napływające do skrzynki maile, nowe powiadomienia na Facebooku i problemy przyniesione z pracy do domu. To stan wyciszenia, relaksu i beztroskich chwil spędzonych w gronie osób, na których najbardziej nam zależy.

     Książka napisana jest w bardzo przystępny sposób, a wydanie i oprawa graficzna robią wrażenie. Moim głównym zmartwieniem jest jednak to, iż dajemy przekonać się, że znajdziemy w niej coś, co pozwoli nam zrewolucjonizować nasze "smutne" życia. W publikacji Wikinga nie ma nic, czego już byście nie wiedzieli. Hygge to takie beztroskie, przyjemne i błogie poczucie lekkości i bezpieczeństwa, któremu ktoś nagle nadał nazwę. Ponadto lektura jest bardzo powtarzalna, więc w pewnych momentach zwyczajnie nuży. Nic w tym dziwnego, ponieważ autor rozwlekł na kilkaset stron zagadnienie, które spokojnie da zawrzeć się w paru zdaniach. Dodał do tego trochę przepisów kulinarnych, "tumblrowskich" fotografii i dopełniających całokształt grafik z podsumowaniami badań statystycznych, lecz nie zmienia to faktu, że parafrazy tych samych wniosków i przykładów pojawiają się co kilka akapitów.

     Finalnie publikację poleciłabym jako ciepłą, lekką i przyjemną lekturę do pochłonięcia przy jednym posiedzeniu. Nie radzę nastawiać się na przysłowiowe odkrywanie Ameryki, a raczej sentymentalną podróż do beztroskich lat dzieciństwa, gdy (teoretycznie) potrafiliśmy jeszcze spędzać długie wieczory, grając w planszówki z bliskimi i nie zerkać co chwilę na wyświetlacze telefonów. Mam nadzieję, że oprócz wspomnień wznieci to w was pewne refleksje, bo choć nie wierzę w to, że czyjeś życie zmieni się po poznaniu hygge, ukryty gdzieś głęboko optymizm nakazuje mi trzymać za nas wszystkich kciuki. Więc trzymam.

★★★★★☆☆☆☆☆
„Hygge. Klucz do szczęścia” - Meik Wiking • 288 stron • wydawnictwo Czarna Owca 

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Hygge. Klucz do szczęścia"? 
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Miasto ślepców • José Saramago

Pewnego dnia na nienazwane miasto w nienazwanym kraju spada epidemia białej ślepoty. Bez ostrzeżenia dotyka ludzi zajętych zwykłymi, codziennymi sprawami, nie oszczędzając nikogo — starców, dzieci, kobiet, mężczyzn, osób prawych i z prawością mających niewiele wspólnego, słabych i silnych. Władze w pośpiechu zamykają pierwszą grupę w nieczynnym szpitalu psychiatrycznym. Z dnia na dzień ta zamknięta społeczność zaczyna się rządzić własnymi, twardymi prawami, które szybko wyznaczają role ofiar i oprawców, poddanych i panów. I tylko jedna osoba wie, że nie wszyscy są ślepi. 
(opis wydawcy)

     Nie trudno, po samym opisie fabuły, domyślić się, z czym będziemy obcować podczas lektury tej książki. Hermetycznie zamknięta grupa ludzi, a zatem upadek człowieczeństwa i powrót do kierowania się pierwotnymi, zwierzęcymi, a nierzadko bestialskimi instynktami, można z powodzeniem uznać za filary powieści Saramago. Dodajmy do tego powszechną ślepotę, a co za tym idzie nagromadzenie zupełnie nieznanych ludziom w pełni sprawnym, problemów i rozterek, a otrzymamy zatrważający obraz  doszczętnie zubożałej ludzkości - wyniszczonej fizycznie, psychicznie i moralnie. 

     Ta książka to nie tylko obraz szybkiej degradacji, zezwierzęcenia się jednostki oraz ujawnienia się jej atawistycznych odruchów, ale również ukazanie jej mierności, bezsilności i obnażenie wszystkich słabości przy wykonywaniu, chociażby najbardziej podstawowych prac. Innymi słowy, idealny sposób na zakwestionowanie wyjątkowości, którą współcześnie ludzie zwykli sami sobie przypisywać, a co więcej, bezkrytycznie w nią wierzyć.

Jeszcze nie narodziła się istota ludzka pozbawiona egoizmu, nazywanego słusznie drugą skórą człowieka, o wiele grubszą od pierwszej, która przy lada okazji zaczyna krwawić.
    Książka jest bardzo brutalna, brudna i bezpardonowa w każdym możliwym znaczeniu tych słów. Autor bez ogródek opisuje swoje wizje, przez co powieść wręcz ocieka realizmem, przy czym niejednokrotnie wprawia nas, czytelników, w stan przerażenia i niepokoju. Powieść ta zdecydowanie przeznaczona jest dla osób starszych i pomimo naprawdę wartościowego, epilogowego przesłania, nie polecam czytania jej osobom przesadnie wrażliwym.

    Kwestią wartą poruszenia są ciekawe, a nieoczywiste zabiegi, jakie autor zastosował przy pisaniu tej książki. Pierwszym z nich jest szeroko pojęta anonimowość, dzięki której powieść nabiera uniwersalizmu. Nie znamy miejsca ani czasu, w którym dzieją się opisywane wydarzenia. Tak naprawdę nie do końca znamy również samych bohaterów. Poznajemy ich i ich zachowania w trakcie trwania epidemii, ale choć narrator zdaje się wszechwiedzący, nie dzieli się z nami ni szczegółową przeszłością tych ludzi, ni chociażby ich imionami. Co ciekawe i tak jesteśmy w stanie dostrzec przemianę, jaka się w nich dokonuje, ewolucję ich kręgosłupów moralnych i przewartościowanie zasad, którymi dotychczas kierowali się w życiu.

    Autor posługuje się również nietuzinkową formą, a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnie napisaną książką. Brak dialogów w znanej powszechnie formie początkowo przysparzał mi pewnych trudności w czytaniu, ale szybko przywykłam do tak prowadzonej narracji i myślę, że dzięki temu, ten tytuł jawić się będzie w mojej głowie jako jeszcze bardziej ponadprzeciętny.

Być może w świecie ślepców wszystko będzie wreszcie prawdziwe, odparł lekarz. A ludzie, spytała dziewczyna w ciemnych okularach, Ludzie zaczną wreszcie być sobą, ponieważ nikt nie będzie się im przyglądał […].
    Finał „Miasta ślepców” jest dość przewidywalny, ale i tak jest wspaniałym zwieńczeniem całej powieści, którą naprawdę warto poznać. W dosadny i przekonujący sposób nakłania nas do dokładniejszego przeanalizowania własnych wartości, dostrzegania czynów innych czy też docenienia tego, co mamy. Bardzo gorąco polecam.

Jeśli masz oczy, patrz.
Jeśli widzisz, postrzegaj.
★★★★★★★☆☆☆
„Miasto ślepców” - José Saramago • 348 stron • wydawnictwo Rebis

Nowy, wspaniały świat • Aldous Huxley

W roku 2541 (czyli w 632 roku nowej „ery Forda”) obywatele Republiki świata powstają w rezultacie sztucznego zapłodnienia i klonowania. Od niemowlęcia poddawani są wszechstronnemu psychologicznemu i biologicznemu warunkowaniu — po to, by w wieku dojrzałym stać się cząstkami kastowej społeczności, złożonej z pozbawionych wyższych uczuć ludzkich automatów. Czy ten „wspaniały świat”, w którym dominuje seks, prymitywne rozrywki, narkotyk soma, jest tylko zrodzoną w wyobraźni pisarza fantasmagorią? 
(opis wydawcy)

     Funkcjonowanie Republiki świata poznajemy z kilku różnych, ciekawych perspektyw. Zaznajamiamy się z Leniną, która jest przedstawicielką nowego ładu i podporządkowuje się wszelkim jego zasadom. Bernardem, który jako jeden z niewielu do końca nie akceptuje otaczającej go rzeczywistości, a finalnie dzikusem Johnem, który reprezentuje osobę ze „starego świata”. Ten ostatni jest nie tylko bohaterem niebywale złożonym i tragicznym, ale w moim odczuciu najbardziej wartościowym ze wszystkich postaci. To właśnie dzięki niemu, w pewnym stopniu, możemy dogłębniej i klarowniej zrozumieć różnicę światopoglądów ludzi żyjących w nowym oraz tym bardziej przypominającym znane nam dziś realia, świecie. John pozwala nam na utożsamienie się z jego zagubieniem i ciekawością, które narastają wraz z czasem, jaki spędzamy z nim w Republice świata, a sam zabieg porównania, choć nie stanowi najważniejszego aspektu książki, jest czymś, co pozytywnie mnie w niej zaskoczyło.

Chodzić i rozmawiać, co za osobliwy sposób spędzania popołudnia.
     To, co również działa na plus tej powieści to obiektywizm. Autor rysuje dla nas zdarzenie się dwóch bardzo różnych mentalności i kultur, ale wbrew pozorom, nie gloryfikuje żadnej z nich. Czytelnik sam może zweryfikować pozytywne i negatywne aspekty każdego z tych środowisk i zbudować własny pogląd na ich temat. Choć huxleyowska wizja przyszłości została okrzyknięta jedną z najważniejszych antyutopii w literaturze, po zapoznaniu się wyłącznie z zarysem jej fabuły, ciężko to zrozumieć i bezsprzecznie zaakceptować. Nasycona filozofią hedonizmu kreuje dla nas świat pełen kontroli, należytego porządku i co najważniejsze, powszechnej szczęśliwości, a to wywołuje raczej pozytywne odczucia. Dopiero przy bliższym wczytaniu budzi niesmak, a nawet lęk. Rodzi również wiele pytań, jak chociażby gdzie i czy w świecie globalnego dobrostanu jest miejsce dla Boga oraz, czy człowiek nieświadomy swojej niewoli, rzeczywiście może być nazywany osobą zniewoloną?

- Wolę pozostać sobą – opierał się. - Sobą, choćby nieprzyjemnym. A nie kimś innym, choćby nawet wesołym. 
     W książce brakowało mi jedynie dogłębniejszego ukazania zróżnicowania życia w poszczególnych kastach, szerszej perspektywy, a nie tylko skupienia się na ludziach uwarunkowanych w najbardziej uprzywilejowany sposób. Więcej przykładów, historii z życia codziennego obywateli Republiki świata. O ile, o czym wspominałam wyżej, zderzenie się wykreowanego uniwersum Huxleya z tym starym, z którego pochodził John, całkowicie kupiło moją przychylność, o tyle dość zdawkowe potraktowanie niektórych ciekawie zapowiadających się wątków, zdecydowanie osłabiło moją sympatię względem tej powieści. Jest to utwór z szalenie dużym potencjałem i fantastycznym nań pomysłem, ale ubranie go w taką, a nie inną fabułę, nie do końca mnie przekonało i zaspokoiło moje oczekiwania. Wiele kwestii nie zostało wyjaśnionych, a nie każda wątpliwość należycie rozwiana.

Wierzy się w to czy tamto, bo tak się jest uwarunkowanym.
     Finalnie jednak chodzi tu o ideę kontroli i warunkowania ludzkich umysłów, w czym leży cała potworność tej powieści. Wizja ta jest tym straszniejsza, iż zewsząd słychać głosy przemawiające za tym, że żyjemy w czasach niechybnie prowadzących do jej urzeczywistnienia. Właśnie w tym kierunku idzie nasz współczesny postęp nauki, ale i mentalności ludzkich umysłów, które za wszelką cenę dążą do likwidacji wszelkiego cierpienia, nie zastanowiwszy się uprzednio, jakie nauki z niego pobieramy? Być może za kilkaset lat sami sobie, na własne życzenie, wybudujemy nowy, lecz jak się okazuje niekoniecznie wspaniały świat?

     Choć książka nie spełniła moich oczekiwań i raczej nie plasuje się nazbyt wysoko na liście utworów, które wywołały u mnie szczery podziw, warto się z nią zapoznać.

★★★★★★☆☆☆☆
„Nowy, wspaniały świat” - Aldous Huxley • 256 stron • wydawnictwo Muza

Oddam ci słońce • Jandy Nelson


     Muszę przyznać, iż z trudem przychodzi mi ubranie w słowa tego, co sądzę o publikacji pani Jandy Nelson. Za każdym razem, gdy siadam przed laptopem, z klawiaturą pod palcami i myślami skupionymi na historii bliźniaków, nagle ulatuje ze mnie jakikolwiek zmysł poprawnego konstruowania zdań. Powiem więc prosto, "Oddam Ci słońce" bezapelacyjnie uważam za jedną z najlepszych książek gatunku literatury młodzieżowej, jaką kiedykolwiek czytałam. 


Jude - Czasem nawet najpiękniejszy świat, w którym wschody słońca trwają cały czas, nie może wynagrodzić doznanych krzywd. Pełna energii buntowniczka zabiegająca o uwagę matki. Samotna i skrycie romantyczna. Podjęła wiele złych decyzji, których skutki musi ponieść. Kiedyś brat bliźniak był jej najlepszym przyjacielem... 

Noah - Czasem pragniesz czegoś tak bardzo, że jesteś gotów oddać za to cały świat. Nawet słońce. Noah jest nieśmiały i delikatny. Skonfliktowany z ojcem, silnie związany z matką. Zakochany w sztuce. Marzy o tym, żeby zostać artystą. Jednak staje się kimś, kim nigdy nie chciał być. Kiedyś on i Jude, jego siostra bliźniaczka, byli nierozłączni… 
(opis wydawcy)

     Jest to przepiękna, wręcz namalowana słowem historia, skonstruowana w sposób mistrzowski. To ostatnie jest dla mnie kluczowe, ponieważ rzadko, szczególnie w tzw. młodzieżówkach, można spotkać tak zręcznie zbudowaną fabułę, która nie tylko wciąga, ale i zaskakuje. Wydarzenia, które spotykają głównych bohaterów, a także ich myśli, czyny, odruchy — są niesamowicie ludzkie, autentyczne. Spajają się w żywą, poruszającą całość, która traktuje o problemach, z którymi przeciętny zjadacz chleba jak najbardziej ma szanse się utożsamić. To chyba największa siła tej książki. Obraz zwyczajnej rodziny borykającej się z przyziemnymi problemami i portrety młodych, uczących się życia osób, które zabierają nas w tę, notabene, pouczającą przygodę. A wszystko opisane w przemyślany, przystępny, a zarazem niesłychanie kunsztowny sposób i skonstruowane z niebywałą wręcz precyzją oraz dbałością o każdy, nawet najmniejszy szczegół. 

     Choć ciężko w skrócie zarysować fabułę tej lektury, przede wszystkim jest to historia o miłości. I tej młodzieńczej, i dojrzałej, i tej, której doświadczamy w najrozmaitszych koligacjach rodzinnych. Mnie najbardziej poruszały opisy relacji między ojcem i synem, a wstrząsały te między córką i matką. Choć nie były to najważniejsze fabularnie kwestie, nierzadko okazywały się podwaliną czynów głównych bohaterów i dlatego właśnie ich dogłębniejsza analiza bardzo mnie zajęła. Jest to również historia o przyjaźni, pasji, indywidualizmie i meandrach ludzkiego, nieprzewidywalnego często życia, którego zrozumienie dla każdego z nas, przychodzi z czasem. 

     Choć wiem, że pewnie znaczna większość z Was jest już po lekturze, ponieważ książka zrobiła niemałą furorę, wszystkich tych, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli, naprawdę bardzo gorąco do tego zachęcam. Pozytywne opinie mają rację bytu, ale powinniście sami się o tym przekonać. Polecam. 

Jeśli pech wie, kim jesteś, stań się kimś innym. 
★★★★★★ 
 „Oddam ci słońce” - Jandy Nelson • 374 stron • wydawnictwo Moon Drive

Czerwona królowa • Victoria Aveyard


– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu. […] 
– A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. – Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć? 
(opis wydawcy

     To, co wzbudza najwięcej kontrowersji wokół tej książki, to jej podobieństwo do innych, popularnych serii młodzieżowych. Choć sama nie do końca odnajduję się w tym gatunku, rzeczywiście „Czerwona Królowa” jawiła mi się jako parafraza „Igrzysk Śmierci”. Już po przeczytaniu pierwszych stron, mamy przed oczyma nie nową, nieznaną bohaterkę, a Katniss i to w dodatku w samym środku dwunastego dystryktu. Koligacje rodzinne Mare, jej przyjaźnie, dom, otoczenie i warunki, w jakich żyła, to mało zaskakująca powtórka z rozrywki, a bez wątpienia, nie jest to coś działającego na korzyść tej powieści. Sama konstrukcja i podział społeczeństwa oraz role, jakie odgrywali jego przedstawiciele, to odwzorowanie świata rodem z kart powieści Collins. Nawet pomijając cały motyw Mare, jako twarzy rewolucji czerwono-krwistych, choć to ostatecznie przelewa już czarę goryczy. 

     Motyw walki o wolność, równouprawnienie i lepszy świat, to temat zawsze godny dyskusji i nie ma się co dziwić, że tak wiele pisarzy idzie w tym kierunku przy budowaniu fabuł swoich powieści. Jednak jest pewna granica między inspiracją, a plagiatem. Niestety w pewnych momentach „Czerwonej Królowej” niebezpiecznie się zaciera, a nie jest to jedyna wada, jaką mogę tej książce zarzucić. Jest nią też prostoliniowość. Przy czytaniu ciężko dostrzec jakąkolwiek gradację emocji głównej bohaterki. Wszystkie problemy posiadają ten sam, często zbyt wyolbrzymiony lub zbyt pobłażliwy ton i nieważne czy chodzi o pocałunek, czy zamordowanie kilku osób. Na Mare robiło to takie samo wrażenie. Ponadto niektóre sceny zakrawały na śmieszność, a na slogan „Powstaniemy, czerwoni niczym świt” nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać. 

     Poza tym ta powieść wielokrotnie wydawała mi się niespójna. Głównej bohaterce wszystko przychodziło z tak ogromną łatwością, że zważywszy na okoliczności, w jakich się znajdowała, nie było to realistyczne. Dodajmy do tego ckliwy trójkąt, a nawet czworokąt miłosny i możemy zapomnieć, że „Czerwona Królowa” okaże się czymś unikatowym. 

     Na szczęście autorce udało wpleść się w to wszystko choć kilka nowych, świeżych wątków, których rozwój finalnie zaskakuje i sprawia, że końcówkę tej historii czyta się naprawdę miło. Szczególnie że całościowo styl Victorii Aveyard jest bardzo przystępny i przyjemny w czytaniu, więc te niecałe 500 stron można pochłonąć dość bezboleśnie i szybko. 

     Ostatecznie mam w stosunku do tej książki ambiwalentne uczucia. Nie była to zła powieść, ale nie jest to historia, która wnosi coś nowego do świata literatury. Nie spodziewałam się wiele, ale finalnie dostałam miernie odgrzaną historię „Igrzysk śmierci”, z nieco lepszym niż początek zakończeniem i kilkoma, ckliwymi miłosnymi uniesieniami. Całość czytało się szybko i przyjemnie, niektórzy z bohaterów mnie zaintrygowali i być może w przyszłości sięgnę po kontynuację, ale wierzę w to, że jest naprawdę o wiele więcej ciekawych pozycji, na które zdecydowanie bardziej warto poświęcić swój czas.

★★★★★☆☆☆☆☆  
"Czerwona królowa" - Victoria Aveyard • 483 strony • wydawnictwo Moon Drive

Popularne wpisy

Copyright © Pokulturzony | Powered by Blogger

Design by Anders Norén | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com