Menu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinia o książce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinia o książce. Pokaż wszystkie posty

Rajski ogród • Ernest Hemingway



     Ernest Hemingway jest jednym z tych pisarzy, do którego przekonałam się po latach. Najpierw, przez przypadek, zetknęłam się z książką „Za rzekę, w cień drzew”, o której już dla Was pisałam, a ponieważ wywarła na mnie dobre wrażenie, postanowiłam chwycić za kolejny tytuł, czyli „Rajski ogród”. Książka opowiada losy młodego małżeństwa — Davida i Katarzyny — które we Francji spędza swój miesiąc miodowy. On, uznany pisarz pracujący nad nową powieścią i ona, piękna i bogata kobieta beztrosko korzystająca z uciech życia, pewnego dnia poznają Maritę. Ta wkrada się w ich codzienność, a w wyniku tego rodzi się skomplikowany układ erotyczny.

     Fabularnie książka jest niesamowicie miałka. Bardzo mało w niej akcji, która nie ewoluowała w żadnym z jej momentów. Pierwsza połowa powieści to opis wciąż powtarzających się, wręcz monotonnych dni młodego małżeństwa, którzy tylko pływają, piją alkohol, uprawiają miłość i zapewniają się o swoich uczuciach. Druga zaś to obraz rozwijającego się szaleństwa Katarzyny oraz opis pracy Davida jako pisarza, a wszystko podszyte romansem tej dwójki z nowo poznaną kobietą — Maritą. Na pewno miało z tego wyjść coś intrygującego i kontrowersyjnego, a choć sam zamysł moim zdaniem był naprawdę dobry, tak wykonanie już niekoniecznie.

     Ogromną ułomnością tej książki była w moim odczuciu jej główna bohaterka — Katarzyna. Jest to chyba jedna z najbardziej irytujących fikcyjnych postaci, z którymi kiedykolwiek miałam styczność i myślę, że gdyby książka była nieco dłuższa, prawdopodobnie właśnie przez nią, jej zachowania i ogólną postawę, zarzuciłabym dalszą lekturę. Niestabilna emocjonalnie kobieta przez cały czas zachowuje się irracjonalnie i sama już nie wiem, czy bardziej drażnił mnie jej sposób bycia, czy fakt, iż nikt, a zwłaszcza David, na to nie reagował. Ponadto powieść niczym nie zaskakuje, zakończenie jest bardzo łatwe do przewidzenia, a opis miłosnego trójkąta bynajmniej nie zachwyca.

     Mimo wszystko Hemingway pisze stylem, który mnie w jakimś stopniu ujmuje. Na pewno nie do wszystkich on przemawia, ale jest w nim jakaś prostota i urzekająca lekkość, które sprawiają, że jego książki czyta się przyjemnie, choć tak naprawdę zawierają niewiele akcji i treści samej w sobie. Głównie z tego powodu ostateczny wydźwięk tej książki jest w moich oczach o kilka stopni lepszy, choć nie ukrywam, że jestem nieco rozczarowana. Na pewno nie rezygnuję z tego pisarza i w przyszłości pewnie chwycę jeszcze po coś, co wyszło spod jego pióra, aczkolwiek na pewno muszę odpocząć po „Rajskim ogrodzie”, którego lektura naprawdę mnie zmęczyła.

★★★★★☆☆☆☆☆ 
„Rajski ogród” - Ernest Hemingway • 190 stron • wydawnictwo Czytelnik

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać „Rajski ogród”?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Maybe Someday • Colleen Hoover


     O „Maybe Someday” trudno znaleźć opinie, które jednoznacznie mogłyby zniechęcić potencjalnego czytelnika do chwycenia po ten tytuł. Wszechobecne peany wokół nie tylko tej bestsellerowej powieści, ale samej Colleen Hoover zalewają moli książkowych ze wszystkich stron, więc trudno nie ulec wrażeniu, że rzeczywiście pisarka uważana jest za jedną z najlepszych autorek współczesnej literatury młodzieżowej, a „Maybe Someday” to arcydzieło. Sprawdźmy więc, co takiego kryje się na tych wychwalanych, czterystu stronach.

     Sydney to z pozoru zwykła, młoda kobieta, która wiedzie spokojne, poukładane życie. Ma wspaniałego chłopaka, przyjaciółkę, wcześniej zdobyła się na odwagę i uniezależniła się od rodziców, aby spełniać własne – a nie ich – oczekiwania i marzenia. W końcu ma też swoją ogromną pasję, jaką jest muzyka i, jak się okazuje, dryg do pisania tekstów piosenek. Natomiast Ridge to równie młody, przystojny i dobrze dający sobie radę z walką z trudami codzienności, chłopak. Muzyką zarabia na życie i to w niej odnajduje ukojenie i radość, lecz niestety blokada twórcza nie pozwala mu na komponowanie i układanie słów do własnych utworów. Co wydarzy się, gdy ta dwójka rozpocznie współpracę? Jak do tego dojdzie i co z tego wyniknie? 

     Powieść, jak to w literaturze młodzieżowej często bywa, skupia się wokół portretu młodych ludzi próbujących odnaleźć własną ścieżkę w życiu. Zarówno Sydney, jak i Ridge, bo na kartach książki historia opisana jest z tych dwóch perspektyw, to młode, mniej lub bardziej doświadczone przez życie osoby, które nie do końca wiedzą co mają zrobić z powoli rodzącym się między nimi uczuciem. Okazuje się, że z wielu przyczyn jest ono bardzo problematyczne, a najprostszym rozwiązaniem byłoby zwalczenie go w zarodku. Jednak czy można sprzeciwiać się własnemu sercu?

     Doświadczenie już dawno nauczyło mnie, że po tego typu literaturze nie można oczekiwać wiele, ponieważ przeważnie kończy się to rozczarowaniami i poczuciem zmarnowanego czasu. I rzeczywiście, polecam sięgnąć po książkę z zupełnie czystą głową i minimalnymi nadziejami na wielkie, czytelnicze uniesienia, ponieważ Colleen Hoover nie zaskakuje i w „Maybe Someday” dostajemy jedynie to, co w każdej innej, dobrze napisanej powieści młodzieżowej. Jest dwójka pięknych, młodych, utalentowanych osób, które wiodąc z pozoru szczęśliwe życia, nagle natykają się na siebie, po czym rozpoczynają kwestionować własne pojęcie powodzenia i analizować swoje dotychczasowe poczynania. Mamy tu obraz szczerej i uroczej, ale jakżeby inaczej, skomplikowanej miłości, która z pozoru nie ma prawa istnieć, a jednak z rozdziału na rozdział dojrzewa coraz bardziej i domaga się atencji. Wątków pobocznych dostajemy raczej niewiele, a nawet jeśli, stanowią one tylko tło dla naszej dwójki protagonistów i ich miłosnych rozterek. Wszystko opisane bardzo łatwym i szybkim do czytania językiem oraz, co jest dużym plusem, w akompaniamencie tworzonej przez Sydney i Ridge’a muzyki.

     Czy jest to dobra książka? Myślę, że tak, jeżeli tylko sięgamy po nią ze świadomością, z jakiego gatunku pochodzi. Jest to literatura typowo rozrywkowa, mająca przynieść nam kilka godzin zapomnienia. Z pewnością nie wymaga od czytelnika żadnego wysiłku intelektualnego, ponieważ autorka nie rzuca nas na głęboką wodę, nie obarcza skomplikowanymi analizami, a zwyczajnie gra na emocjach, z którymi każdy z nas zapewne się utożsami. Jeżeli szukacie lektury, która sprawi, że zrobi się wam cieplej na sercu, Colleen Hoover i jej „Maybe Someday” to strzał w dziesiątkę.

     Czy jest to książka, która wzbudza skrajne emocje, zostawia czytelnika z tysiącem przemyśleń i refleksjami? Nie wydaje mi się. Losy Sydney i Ridge’a, choć podejmują pewne tematy, które bez wątpienia wyróżniają utwór na tle pozostałych młodzieżówek, mimo wszystko są historią prostą, niewymagającą i przewidywalną. Wiele w niej banałów, powielania znanych już wszystkim schematów. Dużo nierealnych nieporozumień, wyolbrzymień, płaczu i ckliwych scen w akompaniamencie trójkąta miłosnego. Ja na pewno niedługo zapomnę szczegóły z tej opowieści i po całym czytelniczym doświadczeniu pozostanie mi jedynie wspomnienie miło i beztrosko spędzonych wieczorów. Jeżeli tego właśnie szukacie, śmiało chwytajcie po „Maybe Someday”, jeżeli szkoda wam czasu, na pewno znajdziecie mnóstwo ambitniejszych tytułów. (Pozostając w duchu młodzieżówek, polecam chociażby „Oddam Ci słońce” czy „Baśniarza”).

★★★★★☆☆☆☆☆
„Maybe Someday” - Colleen Hoover • 440 stron • wydawnictwo Otwarte


Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Maybe Someday"?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Lot nad kukułczym gniazdem • Ken Kesey


McMurphy, szuler, dziwkarz i zabijaka, udaje wariata, żeby wykpić się od odsiadywania wyroku. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym wydaje mu się dobrym żartem. Do chwili, gdy dowiaduje się, że nie odzyska wolności, dopóki nie uznają go za wyleczonego. Decyzja należy do Wielkiej Oddziałowej, z pozoru uosobienia słodyczy i dobroci, w rzeczywistości sadystki znęcającej się nad pacjentami. McMurphy, który buntuje przeciwko niej chorych, nagle zdaje sobie sprawę, że jeśli się przed nią nie ukorzy, nie opuści szpitala. Czy da się pokonać bezdusznemu Kombinatowi?
(opis wydawcy)

     Gdyby ograbić powieść ze szpitalnej otoczki i zastanowić się nad alegoriami, których obraz wyziera z jej kart, okaże się, że czytamy o mozolnej i niezwykle ciężkiej walce z surowym systemem. Przyglądamy się niesłabnącej woli wolności i walki o prawo do niezgody, ale też, kontrastującego z tym, poczucia strachu przed utratą bezpieczeństwa. Dla wielu powieść na pewno przywiedzie na myśl metaforyczny obraz walki z przejawami totalitaryzmu i indoktrynacji, lecz siłą tej książki jest jej uniwersalizm i wielopłaszczyznowość. Możemy odczytywać ją jako zmagania ze światem, w którym obecnie egzystujemy, jako bój z zasadami społecznymi, krzyk dobywający się z piersi jednostki walczącej o swój indywidualizm. 

     Książka pełna jest niedomówień, metafor pozostawionych do rozszyfrowania przez czytelnika. Pozbawiona moralizatorskiego wydźwięku pozwala na wiele różnorakich interpretacji, choć nie ma co ukrywać, że jej finalna wymowa jest bardzo gorzka i deprymująca, a już na pewno skłania do niejednej refleksji. Już dawno nie czytałam książki, która byłaby mozaiką tak wielu zręcznie połączonych ze sobą myśli i motywów, a co więcej jestem przekonana, że każda kolejna lektura tej powieści przyniesie ze sobą nowe doświadczenia i przemyślenia.

Wieczorami coraz trudniej jest mi znaleźć moje łóżko; pełzam na czworakach i obmacuję sprężyny, aż natrafiam na kulki stwardniałej gumy do żucia. Nikt nie skarży się na mgłę. Już wiem dlaczego: jest ohydna, ale przynajmniej można się w niej skryć i czuć bezpiecznym. Tego właśnie McMurphy nie potrafi zrozumieć — tego, że chcemy być bezpieczni. Usiłuje wyciągnąć nas z mgły na otwartą przestrzeń, na której będziemy stanowić łatwy cel.
     Ciekawym i godnym uwagi czytelnika zabiegiem jest to, że cała historia przedstawiona jest z perspektywy jednego z chorych mężczyzn, którego własne, dziecinne wspomnienia czy portret męczących go demonów, przeplatają się z fabularną ścieżką powieści. Może rodzić to wiele pytań, przede wszystkim podać w wątpliwość obiektywizm opisywanych przez naszego narratora sytuacji, a finalnie zniekształcić wymowę i interpretację całej powieści. Na pewno nie jest to zabieg przypadkowy, więc absolutnie nie postrzegam go jako ułomności tekstu, a raczej interesujące urozmaicenie i wkomponowanie doń możliwości kolejnych analiz.

Jak tylko wszedłem, od razu mnie uderzyło, że nikt się tu nie śmieje. Nie słyszałem prawdziwego śmiechu, odkąd przekroczyłem próg szpitala, rozumiecie? Do licha, przecież człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu! 
     Co ważne - przytłaczająca, klaustrofobiczna atmosfera zamkniętego i kontrolowanego szpitala, nierzadko rozładowywana jest manierami energicznej i świetnie wykreowanej sylwetki głównego bohatera oraz inteligentnymi dialogami, które momentami nawet bawią. Pozwala to zachować równowagę w powieści, której jednym z przesłań jest próba nakłonienia do dbania o własną, emocjonalną stabilizację. Jako czytelnicy nie czujemy się przytłoczeni powagą wydarzeń, choć te, momentami, są naprawdę zatrważające. Język, którym posługuje się autor, jest łatwy i przyjemny w czytaniu, nie stanowi dla czytelnika żadnej utrudniającej lekturę bariery, przez co można stuprocentowo poświęcić uwagę wydarzeniom per se.

     Jedynym mankamentem, który w moim odczuciu zaniża ostateczną ocenę, jest samo zakończenie. I nie chodzi mi o treść i sposób, w jaki rozstajemy się z protagonistami, a o formę, która wydała mi się niezwykle uboga. Ostatnie kilka stron, w których zawarty jest ważny finał, jest opisane bardzo po macoszemu. Gdyby rozwlec je na kilka dodatkowych akapitów, powieść na pewno by na tym zyskała. Jednak finalnie i tak jest to niesamowita książka, bogata w treści, które z pewnością można odkrywać przy wielokrotnej lekturze, a wszelkie niedociągnięcia są raczej przejawem subiektywnych fanaberii czytającego niźli faktycznych ułomności powieści jako takiej.

     Niestety dzisiaj nie jestem w stanie porównać ze sobą książki i jej ekranizacji, aczkolwiek na pewno niedługo będę starała się nadrobić zaległości. Szczególnie że historia McMurphy'iego i jego szpitalnych kolegów naprawdę mnie poruszyła i już teraz wiem, że tytuł ten walczyć będzie o podium najlepszych powieści, które przeczytałam w 2017 roku. Gorąco polecam Wam zaopatrzyć się we własny egzemplarz, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście i oczywiście poświęcić się lekturze.

Świat należy do silnych, przyjacielu! Nasza egzystencja oparta jest na zasadzie, że silni rosną w siłę, pożerając słabszych. Musimy się z tym pogodzić. To zupełnie normalne. Poniekąd prawo przyrody. Króliki je akceptują i wiedzą, że rola silnych przypada wilkom. Same zaś są sprytne, płochliwe i zwinne, kopią nory i kryją się, gdy wilk jest w pobliżu. Jeżeli przetrwają, gra toczy się dalej. Znają swoje miejsce. Na pewno żaden nie rzuci się na wilka. Bo to nie byłoby rozsądne, prawda?
★★★★★★★★★☆ ♥
"Lot nad kukułczym gniazdem" - Ken Kesey • 368 stron • wydawnictwo Albatros

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Lot nad kukułczym gniazdem"?
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Hygge. Klucz do szczęścia • Meik Wiking



     Czym jest szczęście i co robić, aby je osiągnąć? Na pewno każdy z nas nieraz się nad tym zastanawiał, lecz pewnie niewielu doszło do jakichkolwiek znamiennych konkluzji. A nawet jeśli, wcielenie ich w życie na pewno nie okazało się nazbyt proste i grupa wspomnianych wyżej szczęśliwców, uszczupliła się kolejnych kilka razy. Jednak spokojnie, nadzieja umiera ostatnia, a na jej ratunek wyruszyła ku nam grupa duńskich badaczy szczęścia i przedstawia hygge.

     Zadziwiające jest to, że książka o tym, jak poczuć i odnaleźć szczęście, wywołała we mnie tyle niepokoju i nostalgii. Jak się okazało, duński sekret sprowadza się do zaspokajania podstawowych potrzeb ludzkich, o których aż nie chce się wierzyć, że naprawdę zapominamy. Właśnie ta myśl zatrważa mnie najbardziej i sam fakt, że powstają książki, takie jak ta, które sugerują nam, że może warto spędzić weekendowy wieczór z przyjaciółmi, jak gdyby był to pomysł iście rewolucyjny. Nie potrzeba badań, by widzieć co dzieje się z dzisiejszym społeczeństwem. Skupieni na przyspieszającym biegu życia nie znajdujemy czasu, aby poświęcić się bliskości z drugim człowiekiem. Zapominamy o pielęgnacji naszych relacji międzyludzkich czy chociażby zwyczajnym przyzwoleniu samym sobie na odpoczynek. Jednak czy naprawdę jesteśmy w tym wszystkim na tyle zakorzenieni, że potrzebujemy uczyć się spokoju?

     W hygge, oczywiście, chodzi o jeszcze nieco więcej. O klimat i atmosferę, całą zewnętrzną otoczkę. O świeczki, przytłumione oświetlenie, ciepły koc, lampkę wina, czy świeżo upieczony chleb, który pałaszujemy bez analizowania ile właśnie wciskamy w siebie kalorii. Hygge jest stanem, w którym nie obchodzą nas napływające do skrzynki maile, nowe powiadomienia na Facebooku i problemy przyniesione z pracy do domu. To stan wyciszenia, relaksu i beztroskich chwil spędzonych w gronie osób, na których najbardziej nam zależy.

     Książka napisana jest w bardzo przystępny sposób, a wydanie i oprawa graficzna robią wrażenie. Moim głównym zmartwieniem jest jednak to, iż dajemy przekonać się, że znajdziemy w niej coś, co pozwoli nam zrewolucjonizować nasze "smutne" życia. W publikacji Wikinga nie ma nic, czego już byście nie wiedzieli. Hygge to takie beztroskie, przyjemne i błogie poczucie lekkości i bezpieczeństwa, któremu ktoś nagle nadał nazwę. Ponadto lektura jest bardzo powtarzalna, więc w pewnych momentach zwyczajnie nuży. Nic w tym dziwnego, ponieważ autor rozwlekł na kilkaset stron zagadnienie, które spokojnie da zawrzeć się w paru zdaniach. Dodał do tego trochę przepisów kulinarnych, "tumblrowskich" fotografii i dopełniających całokształt grafik z podsumowaniami badań statystycznych, lecz nie zmienia to faktu, że parafrazy tych samych wniosków i przykładów pojawiają się co kilka akapitów.

     Finalnie publikację poleciłabym jako ciepłą, lekką i przyjemną lekturę do pochłonięcia przy jednym posiedzeniu. Nie radzę nastawiać się na przysłowiowe odkrywanie Ameryki, a raczej sentymentalną podróż do beztroskich lat dzieciństwa, gdy (teoretycznie) potrafiliśmy jeszcze spędzać długie wieczory, grając w planszówki z bliskimi i nie zerkać co chwilę na wyświetlacze telefonów. Mam nadzieję, że oprócz wspomnień wznieci to w was pewne refleksje, bo choć nie wierzę w to, że czyjeś życie zmieni się po poznaniu hygge, ukryty gdzieś głęboko optymizm nakazuje mi trzymać za nas wszystkich kciuki. Więc trzymam.

★★★★★☆☆☆☆☆
„Hygge. Klucz do szczęścia” - Meik Wiking • 288 stron • wydawnictwo Czarna Owca 

Czytaliście lub zamierzacie przeczytać "Hygge. Klucz do szczęścia"? 
Dajcie znać w komentarzach i do napisania! 

Miasto ślepców • José Saramago

Pewnego dnia na nienazwane miasto w nienazwanym kraju spada epidemia białej ślepoty. Bez ostrzeżenia dotyka ludzi zajętych zwykłymi, codziennymi sprawami, nie oszczędzając nikogo — starców, dzieci, kobiet, mężczyzn, osób prawych i z prawością mających niewiele wspólnego, słabych i silnych. Władze w pośpiechu zamykają pierwszą grupę w nieczynnym szpitalu psychiatrycznym. Z dnia na dzień ta zamknięta społeczność zaczyna się rządzić własnymi, twardymi prawami, które szybko wyznaczają role ofiar i oprawców, poddanych i panów. I tylko jedna osoba wie, że nie wszyscy są ślepi. 
(opis wydawcy)

     Nie trudno, po samym opisie fabuły, domyślić się, z czym będziemy obcować podczas lektury tej książki. Hermetycznie zamknięta grupa ludzi, a zatem upadek człowieczeństwa i powrót do kierowania się pierwotnymi, zwierzęcymi, a nierzadko bestialskimi instynktami, można z powodzeniem uznać za filary powieści Saramago. Dodajmy do tego powszechną ślepotę, a co za tym idzie nagromadzenie zupełnie nieznanych ludziom w pełni sprawnym, problemów i rozterek, a otrzymamy zatrważający obraz  doszczętnie zubożałej ludzkości - wyniszczonej fizycznie, psychicznie i moralnie. 

     Ta książka to nie tylko obraz szybkiej degradacji, zezwierzęcenia się jednostki oraz ujawnienia się jej atawistycznych odruchów, ale również ukazanie jej mierności, bezsilności i obnażenie wszystkich słabości przy wykonywaniu, chociażby najbardziej podstawowych prac. Innymi słowy, idealny sposób na zakwestionowanie wyjątkowości, którą współcześnie ludzie zwykli sami sobie przypisywać, a co więcej, bezkrytycznie w nią wierzyć.

Jeszcze nie narodziła się istota ludzka pozbawiona egoizmu, nazywanego słusznie drugą skórą człowieka, o wiele grubszą od pierwszej, która przy lada okazji zaczyna krwawić.
    Książka jest bardzo brutalna, brudna i bezpardonowa w każdym możliwym znaczeniu tych słów. Autor bez ogródek opisuje swoje wizje, przez co powieść wręcz ocieka realizmem, przy czym niejednokrotnie wprawia nas, czytelników, w stan przerażenia i niepokoju. Powieść ta zdecydowanie przeznaczona jest dla osób starszych i pomimo naprawdę wartościowego, epilogowego przesłania, nie polecam czytania jej osobom przesadnie wrażliwym.

    Kwestią wartą poruszenia są ciekawe, a nieoczywiste zabiegi, jakie autor zastosował przy pisaniu tej książki. Pierwszym z nich jest szeroko pojęta anonimowość, dzięki której powieść nabiera uniwersalizmu. Nie znamy miejsca ani czasu, w którym dzieją się opisywane wydarzenia. Tak naprawdę nie do końca znamy również samych bohaterów. Poznajemy ich i ich zachowania w trakcie trwania epidemii, ale choć narrator zdaje się wszechwiedzący, nie dzieli się z nami ni szczegółową przeszłością tych ludzi, ni chociażby ich imionami. Co ciekawe i tak jesteśmy w stanie dostrzec przemianę, jaka się w nich dokonuje, ewolucję ich kręgosłupów moralnych i przewartościowanie zasad, którymi dotychczas kierowali się w życiu.

    Autor posługuje się również nietuzinkową formą, a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnie napisaną książką. Brak dialogów w znanej powszechnie formie początkowo przysparzał mi pewnych trudności w czytaniu, ale szybko przywykłam do tak prowadzonej narracji i myślę, że dzięki temu, ten tytuł jawić się będzie w mojej głowie jako jeszcze bardziej ponadprzeciętny.

Być może w świecie ślepców wszystko będzie wreszcie prawdziwe, odparł lekarz. A ludzie, spytała dziewczyna w ciemnych okularach, Ludzie zaczną wreszcie być sobą, ponieważ nikt nie będzie się im przyglądał […].
    Finał „Miasta ślepców” jest dość przewidywalny, ale i tak jest wspaniałym zwieńczeniem całej powieści, którą naprawdę warto poznać. W dosadny i przekonujący sposób nakłania nas do dokładniejszego przeanalizowania własnych wartości, dostrzegania czynów innych czy też docenienia tego, co mamy. Bardzo gorąco polecam.

Jeśli masz oczy, patrz.
Jeśli widzisz, postrzegaj.
★★★★★★★☆☆☆
„Miasto ślepców” - José Saramago • 348 stron • wydawnictwo Rebis

Nowy, wspaniały świat • Aldous Huxley

W roku 2541 (czyli w 632 roku nowej „ery Forda”) obywatele Republiki świata powstają w rezultacie sztucznego zapłodnienia i klonowania. Od niemowlęcia poddawani są wszechstronnemu psychologicznemu i biologicznemu warunkowaniu — po to, by w wieku dojrzałym stać się cząstkami kastowej społeczności, złożonej z pozbawionych wyższych uczuć ludzkich automatów. Czy ten „wspaniały świat”, w którym dominuje seks, prymitywne rozrywki, narkotyk soma, jest tylko zrodzoną w wyobraźni pisarza fantasmagorią? 
(opis wydawcy)

     Funkcjonowanie Republiki świata poznajemy z kilku różnych, ciekawych perspektyw. Zaznajamiamy się z Leniną, która jest przedstawicielką nowego ładu i podporządkowuje się wszelkim jego zasadom. Bernardem, który jako jeden z niewielu do końca nie akceptuje otaczającej go rzeczywistości, a finalnie dzikusem Johnem, który reprezentuje osobę ze „starego świata”. Ten ostatni jest nie tylko bohaterem niebywale złożonym i tragicznym, ale w moim odczuciu najbardziej wartościowym ze wszystkich postaci. To właśnie dzięki niemu, w pewnym stopniu, możemy dogłębniej i klarowniej zrozumieć różnicę światopoglądów ludzi żyjących w nowym oraz tym bardziej przypominającym znane nam dziś realia, świecie. John pozwala nam na utożsamienie się z jego zagubieniem i ciekawością, które narastają wraz z czasem, jaki spędzamy z nim w Republice świata, a sam zabieg porównania, choć nie stanowi najważniejszego aspektu książki, jest czymś, co pozytywnie mnie w niej zaskoczyło.

Chodzić i rozmawiać, co za osobliwy sposób spędzania popołudnia.
     To, co również działa na plus tej powieści to obiektywizm. Autor rysuje dla nas zdarzenie się dwóch bardzo różnych mentalności i kultur, ale wbrew pozorom, nie gloryfikuje żadnej z nich. Czytelnik sam może zweryfikować pozytywne i negatywne aspekty każdego z tych środowisk i zbudować własny pogląd na ich temat. Choć huxleyowska wizja przyszłości została okrzyknięta jedną z najważniejszych antyutopii w literaturze, po zapoznaniu się wyłącznie z zarysem jej fabuły, ciężko to zrozumieć i bezsprzecznie zaakceptować. Nasycona filozofią hedonizmu kreuje dla nas świat pełen kontroli, należytego porządku i co najważniejsze, powszechnej szczęśliwości, a to wywołuje raczej pozytywne odczucia. Dopiero przy bliższym wczytaniu budzi niesmak, a nawet lęk. Rodzi również wiele pytań, jak chociażby gdzie i czy w świecie globalnego dobrostanu jest miejsce dla Boga oraz, czy człowiek nieświadomy swojej niewoli, rzeczywiście może być nazywany osobą zniewoloną?

- Wolę pozostać sobą – opierał się. - Sobą, choćby nieprzyjemnym. A nie kimś innym, choćby nawet wesołym. 
     W książce brakowało mi jedynie dogłębniejszego ukazania zróżnicowania życia w poszczególnych kastach, szerszej perspektywy, a nie tylko skupienia się na ludziach uwarunkowanych w najbardziej uprzywilejowany sposób. Więcej przykładów, historii z życia codziennego obywateli Republiki świata. O ile, o czym wspominałam wyżej, zderzenie się wykreowanego uniwersum Huxleya z tym starym, z którego pochodził John, całkowicie kupiło moją przychylność, o tyle dość zdawkowe potraktowanie niektórych ciekawie zapowiadających się wątków, zdecydowanie osłabiło moją sympatię względem tej powieści. Jest to utwór z szalenie dużym potencjałem i fantastycznym nań pomysłem, ale ubranie go w taką, a nie inną fabułę, nie do końca mnie przekonało i zaspokoiło moje oczekiwania. Wiele kwestii nie zostało wyjaśnionych, a nie każda wątpliwość należycie rozwiana.

Wierzy się w to czy tamto, bo tak się jest uwarunkowanym.
     Finalnie jednak chodzi tu o ideę kontroli i warunkowania ludzkich umysłów, w czym leży cała potworność tej powieści. Wizja ta jest tym straszniejsza, iż zewsząd słychać głosy przemawiające za tym, że żyjemy w czasach niechybnie prowadzących do jej urzeczywistnienia. Właśnie w tym kierunku idzie nasz współczesny postęp nauki, ale i mentalności ludzkich umysłów, które za wszelką cenę dążą do likwidacji wszelkiego cierpienia, nie zastanowiwszy się uprzednio, jakie nauki z niego pobieramy? Być może za kilkaset lat sami sobie, na własne życzenie, wybudujemy nowy, lecz jak się okazuje niekoniecznie wspaniały świat?

     Choć książka nie spełniła moich oczekiwań i raczej nie plasuje się nazbyt wysoko na liście utworów, które wywołały u mnie szczery podziw, warto się z nią zapoznać.

★★★★★★☆☆☆☆
„Nowy, wspaniały świat” - Aldous Huxley • 256 stron • wydawnictwo Muza

Oddam ci słońce • Jandy Nelson


     Muszę przyznać, iż z trudem przychodzi mi ubranie w słowa tego, co sądzę o publikacji pani Jandy Nelson. Za każdym razem, gdy siadam przed laptopem, z klawiaturą pod palcami i myślami skupionymi na historii bliźniaków, nagle ulatuje ze mnie jakikolwiek zmysł poprawnego konstruowania zdań. Powiem więc prosto, "Oddam Ci słońce" bezapelacyjnie uważam za jedną z najlepszych książek gatunku literatury młodzieżowej, jaką kiedykolwiek czytałam. 


Jude - Czasem nawet najpiękniejszy świat, w którym wschody słońca trwają cały czas, nie może wynagrodzić doznanych krzywd. Pełna energii buntowniczka zabiegająca o uwagę matki. Samotna i skrycie romantyczna. Podjęła wiele złych decyzji, których skutki musi ponieść. Kiedyś brat bliźniak był jej najlepszym przyjacielem... 

Noah - Czasem pragniesz czegoś tak bardzo, że jesteś gotów oddać za to cały świat. Nawet słońce. Noah jest nieśmiały i delikatny. Skonfliktowany z ojcem, silnie związany z matką. Zakochany w sztuce. Marzy o tym, żeby zostać artystą. Jednak staje się kimś, kim nigdy nie chciał być. Kiedyś on i Jude, jego siostra bliźniaczka, byli nierozłączni… 
(opis wydawcy)

     Jest to przepiękna, wręcz namalowana słowem historia, skonstruowana w sposób mistrzowski. To ostatnie jest dla mnie kluczowe, ponieważ rzadko, szczególnie w tzw. młodzieżówkach, można spotkać tak zręcznie zbudowaną fabułę, która nie tylko wciąga, ale i zaskakuje. Wydarzenia, które spotykają głównych bohaterów, a także ich myśli, czyny, odruchy — są niesamowicie ludzkie, autentyczne. Spajają się w żywą, poruszającą całość, która traktuje o problemach, z którymi przeciętny zjadacz chleba jak najbardziej ma szanse się utożsamić. To chyba największa siła tej książki. Obraz zwyczajnej rodziny borykającej się z przyziemnymi problemami i portrety młodych, uczących się życia osób, które zabierają nas w tę, notabene, pouczającą przygodę. A wszystko opisane w przemyślany, przystępny, a zarazem niesłychanie kunsztowny sposób i skonstruowane z niebywałą wręcz precyzją oraz dbałością o każdy, nawet najmniejszy szczegół. 

     Choć ciężko w skrócie zarysować fabułę tej lektury, przede wszystkim jest to historia o miłości. I tej młodzieńczej, i dojrzałej, i tej, której doświadczamy w najrozmaitszych koligacjach rodzinnych. Mnie najbardziej poruszały opisy relacji między ojcem i synem, a wstrząsały te między córką i matką. Choć nie były to najważniejsze fabularnie kwestie, nierzadko okazywały się podwaliną czynów głównych bohaterów i dlatego właśnie ich dogłębniejsza analiza bardzo mnie zajęła. Jest to również historia o przyjaźni, pasji, indywidualizmie i meandrach ludzkiego, nieprzewidywalnego często życia, którego zrozumienie dla każdego z nas, przychodzi z czasem. 

     Choć wiem, że pewnie znaczna większość z Was jest już po lekturze, ponieważ książka zrobiła niemałą furorę, wszystkich tych, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli, naprawdę bardzo gorąco do tego zachęcam. Pozytywne opinie mają rację bytu, ale powinniście sami się o tym przekonać. Polecam. 

Jeśli pech wie, kim jesteś, stań się kimś innym. 
★★★★★★★★★☆ 
 „Oddam ci słońce” - Jandy Nelson • 374 stron • wydawnictwo Moon Drive

Czerwona królowa • Victoria Aveyard


– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu. […] 
– A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. – Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć? 
(opis wydawcy) 

     To, co wzbudza najwięcej kontrowersji wokół tej książki, to jej podobieństwo do innych, popularnych serii młodzieżowych. Choć sama nie do końca odnajduję się w tym gatunku, rzeczywiście „Czerwona Królowa” jawiła mi się jako parafraza „Igrzysk Śmierci”. Już po przeczytaniu pierwszych stron, mamy przed oczyma nie nową, nieznaną bohaterkę, a Katniss i to w dodatku w samym środku dwunastego dystryktu. Koligacje rodzinne Mare, jej przyjaźnie, dom, otoczenie i warunki, w jakich żyła, to mało zaskakująca powtórka z rozrywki, a bez wątpienia, nie jest to coś działającego na korzyść tej powieści. Sama konstrukcja i podział społeczeństwa oraz role, jakie odgrywali jego przedstawiciele, to odwzorowanie świata rodem z kart powieści Collins. Nawet pomijając cały motyw Mare, jako twarzy rewolucji czerwono-krwistych, choć to ostatecznie przelewa już czarę goryczy. 

     Motyw walki o wolność, równouprawnienie i lepszy świat, to temat zawsze godny dyskusji i nie ma się co dziwić, że tak wiele pisarzy idzie w tym kierunku przy budowaniu fabuł swoich powieści. Jednak jest pewna granica między inspiracją, a plagiatem. Niestety w pewnych momentach „Czerwonej Królowej” niebezpiecznie się zaciera, a nie jest to jedyna wada, jaką mogę tej książce zarzucić. Jest nią też prostoliniowość. Przy czytaniu ciężko dostrzec jakąkolwiek gradację emocji głównej bohaterki. Wszystkie problemy posiadają ten sam, często zbyt wyolbrzymiony lub zbyt pobłażliwy ton i nieważne czy chodzi o pocałunek, czy zamordowanie kilku osób. Na Mare robiło to takie samo wrażenie. Ponadto niektóre sceny zakrawały na śmieszność, a na slogan „Powstaniemy, czerwoni niczym świt” nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać. 

     Poza tym ta powieść wielokrotnie wydawała mi się niespójna. Głównej bohaterce wszystko przychodziło z tak ogromną łatwością, że zważywszy na okoliczności, w jakich się znajdowała, nie było to realistyczne. Dodajmy do tego ckliwy trójkąt, a nawet czworokąt miłosny i możemy zapomnieć, że „Czerwona Królowa” okaże się czymś unikatowym. 

     Na szczęście autorce udało wpleść się w to wszystko choć kilka nowych, świeżych wątków, których rozwój finalnie zaskakuje i sprawia, że końcówkę tej historii czyta się naprawdę miło. Szczególnie że całościowo styl Victorii Aveyard jest bardzo przystępny i przyjemny w czytaniu, więc te niecałe 500 stron można pochłonąć dość bezboleśnie i szybko. 

     Ostatecznie mam w stosunku do tej książki ambiwalentne uczucia. Nie była to zła powieść, ale nie jest to historia, która wnosi coś nowego do świata literatury. Nie spodziewałam się wiele, ale finalnie dostałam miernie odgrzaną historię „Igrzysk śmierci”, z nieco lepszym niż początek zakończeniem i kilkoma, ckliwymi miłosnymi uniesieniami. Całość czytało się szybko i przyjemnie, niektórzy z bohaterów mnie zaintrygowali i być może w przyszłości sięgnę po kontynuację, ale wierzę w to, że jest naprawdę o wiele więcej ciekawych pozycji, na które zdecydowanie bardziej warto poświęcić swój czas.

★★★★★☆☆☆☆☆  
"Czerwona królowa" - Victoria Aveyard • 483 strony • wydawnictwo Moon Drive

Kobieta dość doskonała • Sylwia Kubryńska


     „Kobieta dość doskonała” Sylwii Kubryńskiej to książka bez konkretnie zarysowanej fabuły. Nie jest to historia z dziesiątkami bohaterów i fantastycznie wykreowanym, nowym światem, bo bohaterka jest tu jedna i świat też dobrze nam znany. Kobieta i otaczająca nas rzeczywistość. Jak można by się spodziewać już po tytule, jest to lektura dedykowana głównie przedstawicielkom płci pięknej. Na kartach tej książki dostajemy bardzo ironiczny, momentami prześmiewczy, ale wciąż autentyczny portret kobiet, ich myślenia i tego, w jaki sposób podchodzą do wielu kwestii w życiu i jak nierzadko, jest to naprawdę wyolbrzymione. 

     Dla mnie książka podzieliła się na dwie części. Pierwsza z nich to opis życia dziewczynki, a później nastolatki. Ze względu na mój wiek było to coś, co z powodzeniem mogłam skonfrontować z własnymi doświadczeniami, przeżyciami i wspomnieniami z minionych lat. Autorka niejednokrotnie trafiała w samo sedno problemu, a sarkastycznym tonem i treścią nim opowiedzianą, rodziła w mojej głowie mnóstwo refleksji. Druga część to ta dotycząca kobiety dojrzałej. Matki, żony, babci, a finalnie kobiety pracoholiczki czy feministki. Brak doświadczeń życiowych prawdopodobnie zaważył na tym, iż nie zawsze do końca potrafiłam zrozumieć, co autorka chce przekazać, natomiast wierzę w to, że dla wielu czytelniczek wciąż będzie to ciekawa i wartościowa lektura. 

     Sylwia Kubryńska kładzie nacisk na tematy, o których zazwyczaj nie myślimy, bo konkretne zachowania są już częścią tradycji, historii i całej stereotypowej otoczki, jaka rozpościera się nad każdą przedstawicielką płci pięknej. Opowiada i opisuje wszystko bardzo lekkim, ale dosadnym, ironicznym językiem, dając upust kobiecym frustracjom i jak gdyby wyciągając przyjazną, pomocną dłoń w kierunku swoich czytelniczek. Po lekturze zaczęłam patrzeć na pewne kwestie z przymrużeniem oka, momentami czułam ulgę, że nie jestem w swoich (jak się okazało) typowych, kobiecych analizach i myślach, odosobniona. Lektura tej książki była dla mnie małym katharsis i wiem, że za parę lat, gdy być może będę już żoną, matką lub po prostu nabiorę życiowego doświadczenia, na pewno do niej wrócę. 

     Choć książka jest o kobietach i bez wątpienia dla kobiet, mam wrażenie, że niejeden mężczyzna również wyciągnąłby z niej wiele. Tak więc drodzy panowie, jeżeli nurtuje was chęć lepszego zrozumienia damskich umysłów, sięgnięcie po „Kobietę dość doskonałą” będzie wspaniałym i wartościowym krokiem naprzód. 

Człowiek latami nie może zmienić pracy na lepszą, ale przez całe życie podejmuje mordercze próby zmiany siebie na kogoś innego. […] Przez całe życie prześladuje go photoshopowe wcielenie boskości, nigdy nieosiągnięte stadium perfekcji i ten nieśmiertelny okrzyk: Boże, jaka ja jestem gruba! Boże, mam ciało. Boże, jestem zbudowana z tkanek, z kości, […], z wody, białka, tłuszczu i najwstydliwszej na świecie krwi menstruacyjnej. Z pokrytej włosami skóry. Ze zmarszczek. Z cellulitu. Z worków pod oczami. Z trzech włosów na krzyż. [… ]Boże! Odetnij mi to wszystko, odbierz mi ciało. Zamiast niego zostaw burzę miedzianych […] włosów na nieistniejącej głowie. Zostaw doklejone paznokcie na istniejących palcach. Zostaw sztuczne rzęsy na ściętych botoksem powiekach. Zostaw bazę i podkład, kolagen zamiast twarzy. Może wówczas spojrzę na siebie w lustrze łaskawie? Może wtedy siebie pokocham? Może zrobię się dla siebie nieco bardziej miła i dobra? Może znajdę dla siebie odrobinę ciepła, może przytulę to, co po mnie pozostało? Czy jeszcze będzie co przytulać? 
     Finalnie „Kobieta dość doskonała” pozwala nabrać dystansu do siebie, do kobiecego życia, oczekiwań i celów, które albo same sobie stawiamy, albo wydaje nam się, że odgórnie są od nas wymagane. Warto przeczytać, ponieważ pozwala to spojrzeć na pewne sytuacje z boku, ale też zwyczajnie zdać sobie sprawę z absurdalności wielu, chyba wrodzonych u każdej kobiety, zachowań. Książka rozładowuje napięcie, wywołuje uśmiech na twarzy, jest napisana przez Polkę i ma świetną okładkę. Czego chcieć więcej?

★★★★★★☆☆☆☆  
„Kobieta dość doskonała” - Sylwia Kubryńska • 286 stron • wydawnictwo Czwarta Strona

Pokój • Emma Donoghue


     O „Pokoju” Emmy Donoghue, jak to nierzadko bywa, dowiedziałam się dzięki nominowanej do Oskarów ekranizacji. Traumatyczne przeżycia porwanej kobiety i jej pięcioletniego synka zapowiadały się na naprawdę ciekawą, przejmującą i zapadającą w pamięć historię, która podobnież wstrząsnęła niejednym czytelnikiem. 

     Wielki, ważny dzień. Piąte urodziny. Właśnie w tym momencie wchodzimy do pomieszczenia, które dla dwudziestosześcioletniej Mamy i małego Jacka jest, i to dosłownie, całym światem. Chłopiec oprowadza nas po wszystkich zakamarkach niewielkiego pokoju i z dziecięcą fascynacją stara się wyjaśnić funkcjonowanie poszczególnych przedmiotów, przyzwyczajeń i codziennych rytuałów tej dwójki. Z ust kilkuletniego dziecka dowiadujemy się, kim jest Stary Nick, na czym polega Niedzielna Rozpusta i tego, jak bardzo normalne jest to, że Pokój to dryfujące gdzieś w odmętach kosmosu, jedyne w całym wszechświecie pomieszczenie, w którym żyją prawdziwi ludzie. Tacy jak Jack i Mama. 

     Perspektywa, na którą zdecydowała się pisarka, jest czymś oryginalnym, dla wielu na pewno fascynującym, jednak według mnie niesamowicie zaszkodziła całej powieści. Po pierwsze, zamiast szokującej i ciężkiej mentalnie przeprawy przez traumatyczne doświadczenia młodej, porwanej kobiety, otrzymujemy tu adekwatny do wieku narratora, czyli de facto infantylny opis rzeczywistości, której chłopiec tak naprawdę w ogóle nie zna. Zamiast jakiejkolwiek specyfikacji problemów, z którymi boryka się matka (porwana, gwałcona, przetrzymywana i wychowująca dziecko oprawcy, kobieta), jako czytelnicy mierzymy się z problemami pokroju: „jakimi zabawkami powinienem się dziś pobawić?". 

     Ponadto mamy tu do czynienia z adekwatnym do wieku Jacka językiem i stylem wypowiedzi, jakimi napisana jest cała książka. Oczywiście nie można oczekiwać, że pięcioletni narrator zachwyci nas kwiecistymi opisami i monologowymi refleksjami na temat tego, jak wygląda jego życie w zamknięciu. Sposób, w jaki wypowiada się chłopiec, jest odpowiedni dla jego poziomu wiedzy i wieku, co niewątpliwie nadaje całej historii realizmu i autentyczności, ale jednocześnie nie zmienia faktu, że utrudnia proces czytania i wręcz uniemożliwia czerpanie z tego jakiejkolwiek przyjemności. 

     Mimo wszystko ciekawym było poznawanie sposobów i kroków, jakich podejmowała się młoda matka, aby wbrew sytuacji, w jakiej się znajdują, dobrze wychować swoje dziecko. W opisie codziennych rytuałów, w grach i zabawach, można było dostrzec tę matczyną miłość i troskę o dobrostan chłopca, co choć w małym stopniu wzbudzało we mnie ciepłe, ale niestety również i jedyne emocje dla bohaterki. Poza tym miałam wrażenie jakoby była to postać z tła, mało ważna, a momentami wręcz epizodyczna. Od początku, aż do samego końca — pięcioletni i rozumiejący bardzo niewiele — Jack i jego myśli, są wszystkim, co dostarcza nam lektura. 

     Trzeba przyznać, że sama fabuła i pomysł niewątpliwie stanowią ogromne zalety tej pozycji, ale z przykrością muszę stwierdzić, że jednocześnie jedyne. Według mnie jest to przykład zmarnowania niesamowitego potencjału. 

     Lektura jest bardzo specyficzna i prawdopodobnie jest to główny powód, dla którego ma tak wielu zwolenników i dobre recenzje. Jednakże w moim odczuciu, autorka zamiast naprawdę poruszającej, wzruszającej i zapadającej w pamięć opowieści, którą mogłaby przedstawić nam decydując się na, na przykład, narrację głosem matki, serwuje infantylną papkę nieświadomego i bardzo ograniczonego w wielu kwestiach młodzika. A szkoda. 

★★★☆☆☆☆☆☆☆
„Pokój” - Emma Donoghue • 408 stron • wydawnictwo Sonia Draga

Popularne wpisy

zBLOGowani.pl

Copyright © Pokulturzony | Powered by Blogger

Design by Anders Norén | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com